• Wpisów:465
  • Średnio co: 7 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 20:52
  • Licznik odwiedzin:89 235 / 3275 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Tydzień 10: Nieoczekiwane
 

 
Tydzień 8: Okno
 

 
Tydzień 7: Początek
 

 
Tydzień 6: Jeden
 

 
Tydzień 5: Harmonia
 

 
Ostatni wpis sprzed ponad roku - nieźle. Może teraz się to zmieni, bo mam zamiar tutaj wrzucać efekty mojego "wyzwania fotograficznego". Zaczęłam w tym tygodniu. Temat na tydzień, który właśnie się kończy to : Światło.
  • awatar maU: oj tam. Lepiej nic nie pisać niż pisać mądrości typu "prawdziwy facet powinien..." i temu podobne.
  • awatar old devil: lepsze zdjęcia niż nic bo już gniewać się zaczynałem heh
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Od jakiegoś czasu śni mi się, że mam szczękościsk. Próbuję coś do kogoś powiedzieć, a nagle czuję silne naprężenie mięśni twarzy, które powoduje zaciskanie się szczęki. Niby próbuję to rozmasować, trochę się zrelaksować, ale wychodzi mi tylko cedzenie czegoś przez zęby, które są jakby połączone cementem.
A potem się budzę. Szczęką mogę normalnie ruszać, problemów w sumie nie ma, jednak czuję, że mięśnie mojej twarzy są obolałe i zmęczone.
Ciekawe czy sen okaże się proroczy i już za niedługo nie będę mogła mówić normalnie.
  • awatar maU: Kiedyś ponoć dużo mówiłam przez sen i strasznie zgrzytałam zębami. Jak jest teraz - nie mam pojęcia. Kot mi już nie donosi o naszych nocnych "rozmowach"..
  • awatar old devil: mnie Twoich wpisów chyba jednak także nie pokazuje a co do powyższych słów, czy możliwym jest, że przez sen próbujesz mówić? (w sensie ludzie czasami coś tam mówią śpiąc), może właśnie z tego powodu poranne problemy?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Nie wiem dlaczego...
Znowu mi się śnił. Że patrzyliśmy sobie w oczy. I ja doskonale wiedziałam, że jestem prawdopodobnie jedną z ostatnich osób, z którą miałaby ochotę rozmawiać na osobiste tematy. Nic też mi nie powiedział. Ja tylko mogłam na niego patrzeć i próbować tym spojrzeniem przekazać mu, że chyba wiem co on tam w środku czuje i że tak na prawdę wszystko się ułoży.
Mogłam tylko siedzieć i próbować patrzeć, bo i tak nie wiedziałam co powiedzieć. Z resztą on też nie czuł jeszcze tego, że może mi zaufać, a poza tym nie wiem czy przed kimkolwiek byłby w stanie się otworzyć. Na pewno nie przede mną.
Więc siedziałam z nim w nicości i miałam nadzieję, że uwierzy w to, że będzie dobrze.
 

 
Przyszedł ten dzień, kiedy wszyscy spodziewali się końca świata. Nikt nie kupował w ilościach ogromnych konserw w puszkach, bo i tak na nic by się to nie stało. Każdy czekał nerwowo na jakieś niesamowite wydarzenie kończące żywot na świecie, ale... nic się nie działo.
Działy się dziwne rzeczy - ktoś przewoził wózek dziecięcy, który był przywiązany do spodu małego helikoptera, ale to tylko dlatego, że ktoś wygrał aukcję na portalu internetowym i akurat ktoś miał fantazję i stwierdził, że tak można dostarczyć zakup.
Ale nie działo się nic. Słońce świeciło, przyjemnie grzało a wszyscy ludzie patrzyli trochę z utęsknieniem w niebo i czekali aż wszystko się skończy. Problem polegał na tym, że nawet nie chciało się zacząć, tylko chmury leniwie przesuwały się po błękitnym niebie.
 

 
Z jakiegoś szalonego powodu ktoś mnie wybrał na jednego z Aniołków Victoria's Secret. Problem polegał na tym, że trafiłam na to stanowisko z jakiejś łapanki w szkole, gdzie zaprezentowałam swoje młode, lecz nie najlepsze ciało z absolutnie nieogolonymi nogami. Nikomu jednak to nie przeszkadzało i śmiało przechodziłam z jednego pokoju do drugiego, gdzie robiono mi kolejne zdjęcia w strojach kąpielowych.
Finałem wszystkiego miał być wielki pokaz, gdzie jednak ktoś pomyślał i kazał ubrać bardzo wysokie kozaki, żeby jednak zakryć połacie włosów. Wszystko byłoby dobrze, ale jeden z kozaków tak strasznie mnie gniótł, że nie byłam w stanie wyprostować nogi. Dodatkowo nie mogłam nigdzie znaleźć dołu od kompletu, w którym miałam się pokazać. Prawdopodobnie zabrała mi go moja wielka "rywalka" - Kinga Rusin. Ostatecznie wyszłam na wybieg lekko kulejąc w majtkach w zieloną panterkę.
Szału nie było.
  • awatar maU: @gonia: Zwykle to tak działało, ale tym razem miałam dla odmiany jednak ogolone nogi. To nie tak, że mnie to prześladowało, jak zazwyczaj;)
  • awatar Gość: takie sny oznaczają tylko jedno - pora na depilację, skądś to znam ;p
  • awatar old devil: o ja pierniczę...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Znowu pocieszałam szwagra. Chyba jestem w tym coraz lepsza, bo nawet się uśmiechał. Tylko niestety nie mam pojęcia dlaczego go pocieszałam...
 

 
Zaprzyjaźniłam się z osobą, która miała łuszczyce i była opóźniona umysłowo. Zabrałam ją do domu kolegi, którego nie było. Dziewczyna zaczęła w jego domu wyciągać książki z półek i przyglądać się coraz bardziej chwytliwym tytułom jak "Bajki szwedzkie" czy "Baśnie bałkańskie", po czym zaczęła je rzucać na podłogę. Zrobił się burdel, w domu pojawił się obcy człowiek, który niby tam mieszkał i na sam koniec okazał się chłopakiem mojej nowej przyjaciółki, której imienia nie poznałam.
  • awatar Vocabulary: Pomóżmy przetrwać : http://vocabulary.pinger.pl/m/14063284
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Przyjechała siostra. Zupełnie niespodziewanie. Kazała przytargać ze sobą akwarium, ale nie takie zwykłe, tylko wielkie o wymiarach około 2x2x1,20 m, gdzie trzymała swoje zwierzątka. Stwierdziła, że nie mogła ich zostawić w domu, bo dopiero co się urodziły młode i nie mogła ich tak zostawić samych, bo ona jest dla nich jak druga matka. W ten sposób zamiast zostawić biedactwa w spokoju targała je 1000 km samochodem. Okazało się, że razem z akwarium przywiozła swojego byłego szwagra, z którym miała zamiar udać się w podróż na drugi koniec świata.
Uciekłam z tego miejsca, bo stwierdziłam, że to wszystko mnie przeraża i nie mam zamiaru się w to mieszać, bo na pewno za chwilę zostałabym wbrew swojej woli niańką 7 legwanów i 5 wydr. Wyszłam na spacer gdzie spotkałam wujka Tadka. Wujek był wyluzowany jeszcze bardziej niż zwykle, a to za sprawą niesionego ze sobą skręta. Przysiadł się do mnie, gdzie spaliliśmy to co miał, następnie on zaczął się inhalować bimbrem z kolby okrągłodennej. Siedzieliśmy sobie, gadaliśmy o niczym, naschodziło się znajomych a po chwili zjawiła się nawet policja, więc zaczęliśmy wszyscy uciekać. Ja trzymałam skręta w ręce i nie za bardzo wiedziałam co miałam z nim zrobić, wiec ostatecznie wyrzuciłam go w krzaki i zaczęłam uciekać w stronę jakiegoś budynku. Po drodze trafiłam na kolegę, od którego pożyczyłam sobie gitarę, która była chyba rozstrojona. Myślałam, że wbiegłam do jakiegoś magazynu, ale okazało się to być szkołą, gdzie odbywały się zajęcia z gotowania. Nauczyciel prowadzący zajęcia chciał mnie jakoś ukarać za wtargnięcie -np. wniesieniem worów ze śmieciami, ale zaproponowałam mu, że zaśpiewam piosenkę, o ile uda mi się przypomnieć jakikolwiek chwyt gitarowy. O dziwo nagle zaczęłam grać jakieś tam pojedyncze dźwięki układające się w jeden z przebojów Nirvany. Nauczyciel, z początku sceptycznie nastawiony do mojego pomysły wykupienia swojej winy, po chwili zaczął śpiewać, a ja nie potrafiłam sobie wymyślić jak powinnam złapać kolejny dźwięk. Po chwili do mnie dotarło, że chyba cała muzyka Nirvany nie była zbyt skomplikowana i dało się to grać na kilku podstawowych dźwiękach. Po chwili przestałam się w ogóle przejmować, bo jakimś cudem dźwięki same wychodziły. Co prawda zdarzało się wielokrotnie, że wyszedł mi inny dźwięk niż planowałam, ale i tak było dobrze. Nawet grałam włosami, które uderzały w odpowiednie struny zmuszając instrument do gry. Zdolności muzyczna jak cholera!
 

 
Przy odpowiednim skupieniu i wykonaniu serii ustalonych ruchów, można było wywołać swojego duchowego przywódce, tak, że wyspecjalizowana osoba mogła go zobaczyć. Zrobiłam kilka odpowiednich ruchów i kiedy pomyślałam, że to w sumie bez sensu, bo i tak nikt mi nie powie kim ten ktoś jest, niespodziewanie zrobiłam skłon kończąc mistyczny układ. Świat mi zawirował przed oczami i to we wszystkich stronach, a na dodatek zrobił się niebieski. Tak - przez przypadek wywołam swojego przewodnika duchowego.
I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że był to nieznajomy mi facet z dużymi wyłupiastymi oczami, czarnymi lokami tworzącymi szopę na głowie, który ubrany był w sweterek w czarno-białe poziome paski. Jego wygląd był nieco straszny, ale straszniejsze było to, że z okazji wywołania postanowił ukraść moją duszę.
Chciał to robić za pomocą małego, czarnego, szklistego kamyczka, z którym musiałam walczyć za pomocą siły umysłu. Im bardziej się skupiałam na nie wykradaniu mojej duszy, tym bardziej w ustach czułam smak lukrecji.
Udało mi się wymyślić, że muszę zacząć krzyczeć i wykonywać nieskoordynowane ruchy, dzięki czemu prawdopodobnie uda mi się przebudzić i znaleźć w innej rzeczywistości. Jakoś się udało.
 

 
Miałam się wybrać do ortopedy, żeby skontrolował stan mojego układu kostnego. Próbowałam tam dotrzeć komunikacją miejską. Stojąc na przystanku poczułam, że coś jest nie tak w moich ustach. Po chwili na rękę wyplułam 3 zęby. Każdy z nich niby był w dobrym stanie, ale jednak miazga każdego zęba była szaro - czerwona. Nie za bardzo wiedziałam co mam zrobić z tymi zębami, bo z jakiegoś powodu czułam, że jeżdżenie ze swoimi zębami w kieszeni nie jest dobrym pomysłem. Wstawić z powrotem też by się nie dało. Podjechał mój autobus, przejechałam przystanek dalej, gdzie czekałam na tramwaj, w między czasie wyrzuciłam swoje zęby.
Kiedy dojechałam do ortopedy, poczułam, że znowu mi chyba wylatują zęby. Wyplułam 2, a jeden trzymał się jeszcze resztką sił o dziąsło, żeby wypaść po chwili.Byłam przerażona, bo tym razem wypadły mi przednie zęby z dolnej szczęki.
Nic mnie nie bolało, chociaż i w tym momencie miazga zęba nie wyglądała dobrze.
Wbiegłam do budynku, gdzie prawie zrozpaczona zaczęłam mówić do obecnych tam pielęgniarek, że nie wiem co się dzieje, ale zęby mi wypadają. Patrzyły na mnie i niewiele mówiły. Zjawiła się pani doktor, która spojrzała na mnie od niechcenia i powiedziała, że na jej gust to ja jestem w ciąży. Przecież to normalne, że kobietom wypadają zęby podczas ciąży. Ja w ciąży?
Ponoć wypadające zęby źle wróżą... Ponoć.
  • awatar maU: Teraz się dygam i zbieram, żeby zadzwonić do dziadka i zapytać o samopoczucie...
  • awatar Pan Artur: Niestety, sny tego typu, to faktycznie zły omen...
  • awatar old devil: to było straszne
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Zabawy Photoshopem.
 

 
Pół nocy mózg rozwalało mi rozmyślanie o "dwójmyśleniu" i to, że już dzisiaj jest to spotykane.
Choćby dzieci - wierzą w św. Mikołaja jednocześnie wiedząc, że za prezenty są odpowiedzialni rodzice. I psychologowie mówią, że to jest normalne. U dorosłych też pewnie znalazłoby się całkiem sporo takich rzeczy.
 

 
Przechodząc się po terenie jakiejś wielkiej studenckiej imprezy, której miejsce miało na dachu jednego z akademików (który naturalnie potem przechodził w piękny teren porośnięty trawą i drzewami), spotykałam wielu znajomych, których nie widziałam już od dawna. Wszystko wydawało się być miłe i przyjazna, więc nie widziałam powodu dlaczego nie przejść się po rozległym terenie w celu popatrzenia na zorganizowane atrakcje. Były stoiska z możliwością zakupu piwa w plastikowych kubkach, stare drabinki, z których odchodziła farba warstwami i było widać poprzednie "edycje" kolorów. Były również przeróżne stwory, które niby miały dawać pokazy swoich walk. Jednak nie przeszło mi przez myśl, że ja przecież wchodząc tutaj zdecydowałam się na udział w grze. Zapomniało mi się o tym, jednak szybko to do mnie dotarło kiedy weszłam w drogę dwóm "Grillowym Demonom", które miały właśnie ze sobą stoczyć walkę. Były od siebie oddalone o jakieś 10 metrów i powolnym, ale jednak mocnym i stanowczym krokiem szły na siebie z nienawiścią w otworach, które miały być oczami. Ponieważ nieuważnie stanęłam na ich drodze będąc przekonana, że mi nic nie zrobią, nagle poczułam uderzenie czymś gorącym, co przykleiło się do mojej nagiej łydki. Ponieważ stałam na linii ognia, dostałam od jednego z nich gorącym sosem barbecue.
Grillowy Demon, który kroczył na przeciw mnie, był z żeberek wieprzowych i trzymał w rękach wielki topór (albo tasak). Był brunatno-czerwony, a nad jego głową poruszały się płomienie. Czym prędzej uciekłam z poparzoną nogą i postanowiłam nałapać punktów doświadczenia. Stwierdziłam, że w tym wypadku jestem na tyle słaba, że muszę zacząć od najłatwiejszych zdań, zanim będę gotowa na zmierzenie się z Grillowym Demonem.
Znalazłam budę zbitą z blachy falistej, gdzie jakimś cudem były wpakowane okna w aluminiowych ramach. Była to siłownia, gdzie pan z wąsem powiedział, że jak podciągnę się na drążku 5 razy, to dostanę od niego 7 punktów doświadczenia. 5 razy?! W życiu...
 

 
Z jakiegoś powodu zostałam porwana przez Pinkie Pie, która zaciągnęła mnie na jakąś wielką zabawę. Zamieniłam się w kucyka. Miałam nawet swój "cute mark"! Ale nie pamiętam co to było.. Pamiętam tylko, że byłam koloru granatowego.
 

 
Wkrótce miał nastąpić mój powrót do szkoły. Na tę okazję należało się odświeżyć i ubrać stosownie do dnia. Okazało się, że Mariusz wpadł na ten sam pomysł, więc oboje skończyliśmy w wannie pełnej piany. Żadne z nas nie myło pleców drugiej osobie, niemniej jednak dochodziło do akrobacji związanych z zamaczaniem poszczególnych części ciała. Obok wanny stał Kot, który z politowaniem patrzył na mnie i swojego brata, bo strasznie rozrzucaliśmy pianę po łazience. Na sam koniec trzeba było się spłukać, ale skoro tak na prawdę cała akcja odbywała się w samochodzie, który do połowy wysokości drzwi był wypełniony wodą, chwyciłam za wycieraczkę samochodową, która robiła za prysznic.
Cała świeża i pachnąca musiałam tylko przejść nago do domu, gdzie nie mogłam znaleźć nic, co nadawałoby się do ubrania.
  • awatar maU: @Pani Antywieszakowa: proszę bardzo :)
  • awatar Pani Antywieszakowa: Dziękuję Ci za tamten komentarz. Niewiele jest osób, które potrafią się za kimś wstawić.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Znudzona zwykłym obijaniem się w domu, postanowiłam wyjść na dwór. Wiedziałam, że odbywa się tam jakiś festyn, dlatego chciałam ze sobą zabrać aparat. Znalazłam jakieś ciuchy, żeby nie wychodzić na dwór w dresie, przy okazji znalazłam 6 kieliszków wypełnionych słodką cytrynówką. Wypiłam jedną porcję, zastanawiając się kto mi włożył ponalewane kieliszki do szafki z ubraniami.
Zabrałam aparat i wyszłam. Spotkałam tam kolegę z klasy, który zabrał mnie do "najlepszego mięsnego na świecie". Jednym ze sprzedawców okazał się mój chrzestny, który kroił wędlinę na półcentymetrowe plasterki.
Kiedy udało mi się stamtąd wyjść zajadając jakąś "polędwicę" z indyka, skierowaliśmy się na pobliską polanę. Kiedyś rosły tam drzewa, ale dzisiaj była tam wielka przestrzeń, gdzie roiło się od ludzi. Chciałam im porobić zdjęcia, ale mój aparat odmówił posłuszeństwa. Zmieniałam programy fotografowania, robiłam cuda wianki, a ten ciągle nie chciał pstryknąć. Wkurzałam się co niemiara, bo umknęło mi tyle świetnych ujęć.
Podszedł do mnie jakiś 10 letni gnojek, wmawiając mi, że używam Kodaka i na 100% to już jest zepsute na amen.
Załamałam się, bo nie byłam w stanie zrozumieć co robię źle. Olka postanowiła mnie rozweselić. Zapytała się mnie co bym chciała zrobić, a ona mi pokaże, że wszystko jest możliwe.
Po chwili zaczęła smarować napis na ścianie pobliskiego budynku, a do tego celu używała szlaucha, z którego tryskała czarna farba. Po chwili z tego samego szlaucha leciała woda, która dokładnie wszystko zmyła. Następnie wzięła dwie rzutki. Pierwsza, która miała na końcu czerwone piórka, została rzucona od niechcenia i trafiła w sam środek tarczy. Druga- niebieska, również została rzucona od niechcenia, ale nie trafiła w tarczę, tylko w startującą rakietę.
Rakieta została wybita ze swojego toru lotu - najpierw spadała do stawu, później z niego wyleciała, następnie wybuchła w powietrzu, żeby na sam koniec spaść do wody i tam wybuchnąć ponownie.
W jednym momencie wszyscy zobaczyli zbliżającą się falę uderzeniową. Ja najpierw kucnęłam, żeby na sam koniec leżeć na ziemi. Powiew wybuchu był jak niesamowicie mocny wiatr, który niósł ze sobą dźwięk szybko przejeżdżających samochodów.
Kiedy wszystko się skończyło, zapytałam się właścicieli niebieskiej rzutki, czy może ktoś tak po prostu w duchu życzył źle naszej misji kosmicznej. Naszej polskiej misji kosmicznej. Kilka rosyjskich kobiet podniosło rękę.

To na pewno ma jakieś odniesienie do Smoleńska
 

 
Zaraziłam się owsikami... albo i nie, bo było to coś większego. Jak larwy jakiegoś robactwa.
Może odkryłam nowego pasożyta?
 

 
W akcie wielkiego romantyzmu dał mi dwie paczki chrupek, a ja jemu zupę pomidorową.
Bo tutaj nie trzeba cholernych serduszek.
 

 
Kot został jakimś cudem powielony i zmieniony na złego człowieka. Chciał mnie zabić - najczęściej przez uduszenie poduszką. Niby to chciał mnie pocałować, a po chwili mnie popychał na ścianę idąc na mnie z nożem.
Ale znałam jego słabość. Wystarczyło jego twarz rozbić na kanały RGB i odciągnąć kanał czerwieni i niebieskiego na bok, żeby zobaczyć jego prawdziwą twarz. Szczerze mówiąc niczym się specjalnie nie różniła od tego co normalnie było widać, ale przynajmniej zły Kot został wtedy oślepiony na chwilę.

Ładnie... pół roku od ślubu a mi się śni, że mnie mąż bije. Patologia
  • awatar old devil: @maU: kwestia dobrania dobrej perspektywy hehe
  • awatar maU: @devil: a może nawet masz rację - bdsm lepiej brzmi ;)
  • awatar old devil: od razu patologia - lekkie bdsm heh
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Może zaczyna się nieciekawie, ale ja się bardzo uśmiałam.
 

 
Ze znudzeniem wyglądałam przez okno na rosnące kukurydze. W sumie pole kukurydzy, które zasłaniało 3/4 widoku za oknem. Zobaczyłam, że pod oknem przechodzi moja kuzynka, która zwykła się opalać na środku tego pola, żeby jej blada skóra nabrała nieco brązu. Zawołałam ją, żebyśmy w końcu usiadły i pogadały, bo już od dawna tego nie robiłyśmy. Skusiła się tym, że powiedziałam, że upiekłam ciasto.

Szkoda, że na prawdę nie przyszła... ciasto zrobiłam... ale za oknem budynki, a nie pole kukurydzy...
 

 
Siedząc na jakimś spotkaniu ze znajomymi, gadaliśmy o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie przyjaciel mnie pociągnął za rękę, bo miał mi właśnie coś ważnego do pokazania. Okazało się, że w piwnicy szkoła miała pochowane swoje zapasy żywności. Była tam cała masa chrupek kukurydzianych, płatków śniadaniowych, chipsów i wszelkich suchych produktów, które są przydatne do jedzenia po większej lub mniejszej obróbce. Stwierdziłam, że to fantastycznie, że takie coś znalazł, ale co z tego?
Ten stwierdził, że jak to co? Przecież możemy sobie coś stąd wziąć i absolutnie nikt tego nie zauważy! Po chwili znalazła się tam cała masa osób, które zaczęły rozwalać wszelkie paczki i pożerać wszystko to, co tam się znalazło. Patrząc na ten tłum ludzi, stwierdziłam, że jest to strasznie żałosne, więc postanowiłam wykrzyczeć swoją opinię na ten temat. Padły ostre słowa krytyki na temat tego, że pewnie większość z nich uważa się za katolików, że są zakłamani, że są na prawdę niczym, skoro nie potrafią spełnić jednego z przykazań swojego boga - nie kradnij.
Nie wiem czy ktoś mnie posłuchał, tym bardziej, że argument o byciu katolikiem raczej nikomu nie robi różnicy. Raczej na nikim nie zrobiło to żadnego wrażenia, bo wszyscy wrócili do opychania się tym, co tam znaleźli.
Wyszłam załamana z piwnicy wprost w ramiona Dawida Wolińskiego, który stwierdził, że mam się nie przejmować i kolejną część czasu spędził na pocieszaniu mnie i patrzeniu na mnie tymi swoimi jasnymi oczami. Doszliśmy na plan, gdzie razem z Tyszką kręcili swój nowy program rozrywkowy. Z powodu tego, że Top Model okazało się klapą, wymyślili swój własny program.
Śmieszne, przecież dopiero co śniło mi się reality show o nauce fotografowania, a oni właśnie kręcili pierwszy odcinek na wielkim białym tle.
 

 
Wzięłam udział w jakimś idiotycznym reality-show, który miał traktować o nauce fotografii. Po przyjeździe na miejsce, okazało się, że razem z Kotem mamy spać na rozkładanej sofie w pokoju z moimi rodzicami (ich sofa stała 2 metry dalej).
Zadanie dnia: wyjście na miasto, znalezienie odpowiedniej restauracji/cukierni i zrobienie ładnych zdjęć podawanemu tam jedzeniu. Wypuszczano nas w grupach, zadanie było na czas, a ja nie potrafiłam się ubrać. Najpierw nie mogłam znaleźć butów, potem aparatu, potem kolejnych części odzieży, żeby na sam koniec stwierdzić, że mam na sobie spodnie, dwie spódnice, bluzę i płaszcz. Stwierdziłam, że wyglądam idiotycznie, ale z drugiej strony... przecież to taki alternatywny strój, który mnie wyrażał!
 

 
Wracałam z kolegą z jakiegoś spaceru i oboje kierowaliśmy się do swoich domów. Przechodząc obok jednego przejścia pod blokiem, zobaczyłam przepiękny widok - las, który rósł u podstaw gór, nad którymi formowały się niesamowite chmury.
Zaklęłam cicho pod nosem powtarzając mantrę ostatnich dni "dlaczego do cholery nie zabrałam ze sobą aparatu?!". Po czym przysięgłam sobie, że czym prędzej zjawię się w domu i czym prędzej wrócę, żeby złapać ten piękny widok.
Kiedy udało mi się dotrzeć pod dom, oczywiście miałam kłopoty związane ze znalezieniem odpowiedniej klatki schodowej i drzwi mieszkania, co, o dziwo, trwało stosunkowo krótko. Kiedy miałam w garści już aparat wyszło, że muszę poczekać jeszcze na koleżanki, bo przecież one też miały iść i fotografować to, co mi się tak bardzo spodobało.
Kilka godzin później w niewyjaśnionych okolicznościach stałam na peronie i czekałam na pociąg. Razem ze mną było kilku znajomych i mój szwagier. Po pewnym czasie stania i gadanie o różnych bzdurach, okazało się, że nikt nie wpadł na pomysł kupienia sobie biletu, każdy wymyślił, że kupi sobie u konduktora. Niektórzy mieli nawet pieniądze, ale nie ja, więc próbowałam przekonać szwagra, że mógłby mi kupić - on też nie miał.
Powstało małe zamieszanie, związane ze zmianą przyjazdu pociągu na odpowiedni tor - wszyscy rzucili się do pogoni za pociągiem - ja też. Przypomniało mi się o torbie z aparatem - ktoś mi go zakosił...